„Nie bój się Maryjo”. Jej dziewczęce serce musiało zatrzepotać niepokojem. Jak miało się to stać, skoro nie znała pożycia małżeńskiego? Zaufała mocy Najwyższego, która miała ją osłonić. Uwierzyła, że życie może począć się przez działanie Ducha i że ona oraz jej dziecko zostaną otoczeni opieką. Naturalny odruch strachu uświadamia nam jej człowieczeństwo. Ufna zgoda pokazała, że jej dusza była zanurzona w rzeczywistościach nie z tego świata.
Zastanawiam się czasem, jak wyglądała ta scena. Czy to spotkanie dokonało się w sercu Maryi, jako głębokie doświadczenie duchowe? A co jeżeli rzeczywistość duchowa i fizyczna splotły się w jedno, i rzeczywiście stanął przed nią posłaniec z nieba?
Może właśnie tak było – że to, co niewidzialne, na chwilę stało się widzialne. Wieczność dotknęła czasu, a Bóg przemówił w sposób, który przekracza ludzkie rozumienie, a jednak nie niszczy rzeczywistości, w której żyje człowiek.
Jak wielka cisza musiała panować wokół w chwili, gdy jej świat nagle się zatrzymał. Największa decyzja w historii świata dokonała się w ukryciu – w zwyczajności dnia, w przestrzeni Jej wolności. Bóg nigdy nie przychodzi do człowieka w gwałtownych, budzących lęk poruszeniach. Pojawia się jak szmer wiatru, delikatnie zadaje pytania i nie zmusza do natychmiastowych odpowiedzi.
W lekkim powiewie przychodzisz do mnie Panie
nie przez wicher ogromny i nie przez ogień,
ale w lekkim powiewie przychodzisz do mnie,
w lekkim powiewie nawiedzasz duszę mą.
(Pieśń oazowa)
Ta, która przechowywała „wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” nie pobiegła podzielić się wątpliwościami z bliskimi. Milczała nawet przed najbliższym jej człowiekiem na ziemi – przed Józefem. Nie kontrolowała okoliczności i nie ubiegała faktów, przeczuwając, że Boże Ojcostwo obejmie swoją troską wszystkich, których historia zbawienia dotykała bardzo osobiście i przewracała bieg życia do góry nogami.
Tajemnica stworzenia
„Nie bój się, Maryjo”. Jej dziewczęce serce musiało zatrzepotać z niepokoju. Nie rozpłynęła się w zachwycie nad wybraniem, o którym marzyły kolejne pokolenia Izraelskich dziewcząt. „Jakże się to stanie?” – zapytała próbując zrozumieć tajemnicę przekraczającą ludzkie doświadczenie. Przecież nie znała pożycia małżeńskiego, od wspólnego zamieszkania narzeczonych dzielił jeszcze rok życia.
Ale zaufała mocy Najwyższego, która miała ją osłonić i przyjęła, że życie może począć się przez działanie Ducha. Zaufała, że ona i jej dziecko zostaną otoczeni opieką, bo przecież Ojciec Niebieski musiał zatroszczyć się o to, żeby Miłość miała warunki do przyjścia na świat.
Ty bowiem stworzyłeś moje wnętrze *
i utkałeś mnie w łonie mej matki.
Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył;
godne podziwu są Twoje dzieła *
Jej zgoda uczyniła z ludzkiego ciała tabernakulum.
Prawdziwie człowiek i prawdziwie Bóg
Nosił w sobie jej DNA. Miał część jej rysów twarzy, może spojrzenie, może uśmiech, na pewno cechy charakteru. Był jej dzieckiem – ciałem z jej ciała, życiem z jej życia.
A jednak od początku nie należał tylko do niej. Z każdym rokiem coraz wyraźniej odkrywała, że jest darem – darem dla świata, który będzie się o Niego upominał. Dla ludzi, którzy nie zawsze Go zrozumieją. Dla historii, która Go pochłonie. Był jej Synem. A jednocześnie kimś nieskończenie większym. Tym, z powodu którego miecz cierpienia przeszył jej serce na Górze Kalwarii.
I może właśnie w tym napięciu, między bliskością a oddaniem, dojrzewało jej macierzyństwo. I być może w jej macierzyństwie możemy przeglądać się jak w lustrze?
Tekst: Maria Skonieczka
Źródło zdjęcia głównego: holyart.pl






