Ze szkoły zapamiętała poczucie, że jest ciężarem. Wstydziła się swojej niepełnosprawności tak bardzo, że nie chciała nawet kupić sobie loda. Dziś Karolina Boczkowska mieszka sama, ma ukończone studia i prowadzi profil „Życie Wojowniczki”. W audycji „Siła możliwości” opowiada o odzyskiwaniu poczucia własnej wartości, ludziach, którzy pomogli jej w siebie uwierzyć, i o tym, co chce dawać innym.
W mieszkaniu Karoliny stoi pionizator, ważny element jej ćwiczeń. Za nim widać zdjęcie z sesji, która miała pokazać kobiety z niepełnosprawnościami „przez pryzmat kobiecości, a nie niepełnosprawności”. Karolina lubi sukienki, choć przyznaje, że jest wybredna. Potrafi też powiedzieć, co podoba jej się we własnym wyglądzie. Nie zawsze tak było.
„Kiedyś był taki czas, że nienawidziłam wszystkiego, każdego aspektu swojego ciała, ale z czasem się to trochę zmieniło” — mówi.
Pochodzi z Tarnobrzega. Podczas rozmowy ma 26 lat i od czterech lat mieszka w Warszawie. Urodziła się z mózgowym porażeniem dziecięcym. W domu mogła liczyć na rodziców i dużo starsze rodzeństwo. „Moi bracia zawsze się bardzo w to angażowali” wspomina.

Nie chcieli zabierać jej na wycieczki
Trudne wspomnienia wiążą się ze szkołą. Karolina opowiada o sytuacjach, w których pozostawała poza grupą, i o dorosłych, którzy dawali jej odczuć, że potrzebna jej pomoc jest dla nich kłopotem.
„W szkole już od samego początku dawano mi do zrozumienia, jakim jestem ciężarem, jaką jestem kulą u nogi” mówi.
Pamięta spacer, na który nauczycielka zabrała pozostałe dzieci, a ją zostawiła w świetlicy. Wspomina także nauczycielkę, która miała powiedzieć, że przychodzenie do niej na indywidualne lekcje jest karą. Żeby Karolina mogła uczestniczyć w szkolnych wycieczkach, potrzebna była interwencja mamy.
„W ogóle nie rozumieli tego, jakie to jest dla mnie upokorzenie”.
To doświadczenie zaczęło wpływać na najzwyklejsze sytuacje. Karolina wstydziła się podejść i kupić sobie loda. Zamówienie pizzy przez telefon przychodziło jej łatwiej — wtedy rozmówca nie widział jej niepełnosprawności.
„Było to dla mnie bardzo trudne” przyznaje.

Studniówka, na której było dla niej miejsce
Liceum wspomina zupełnie inaczej. Nauczyciele dostosowywali zadania do jej możliwości, pozwalali korzystać z komputera i dawali więcej czasu na pracę. Udział w wycieczce przestał być powodem kolejnych trudnych rozmów.
„Zawsze podkreślali, że nigdy to nie jest problem, żebym pojechała sama na wycieczkę” — opowiada.
W pamięci została jej także nauczycielka, która żartobliwie podsunęła pomysł na wagary. Karolina miała wtedy nauczanie indywidualne. Jak wspomina, usłyszała:
„Karolina, ty też możesz pójść na wagary. Schowaj się po prostu przed jakimś nauczycielem i to będą twoje wagary”.
Kiedy przygotowywano studniówkę, uczniowie od razu pomyśleli, że powinna odbyć się w dolnej części szkoły. Uwzględnili Karolinę już podczas planowania wspólnego wieczoru. „Oj, to było wspaniałe liceum” mówi.
Zrozumiała, że problem nie tkwi w niej
W odzyskiwaniu pewności siebie pomagali jej także fizjoterapeuci i ludzie, których spotykała podczas swojej działalności społecznej. Pamięta gest znanego rapera, który przytulił ją przy innych. Dla Karoliny było to ważne doświadczenie akceptacji.
„Skoro taka osobistość się nie wstydzi, to właśnie zrozumiałam, że z tymi osobami, które mnie dyskryminują, jest coś nie tak, a nie ze mną”.
Dziś, pytana o największe osiągnięcia, wymienia mieszkanie samej, ukończone studia i zdaną maturę. Szczególnie dumna jest z matematyki.
„Także naprawdę to było olbrzymie osiągnięcie dla mnie” podkreśla.
Miało być pięćdziesiąt osób
Do publikowania w mediach społecznościowych zachęcały ją trzy osoby: znajomy, ważna w jej życiu fizjoterapeutka oraz kobieta, która zwróciła uwagę na jej urodę i sposób wypowiadania się. Skoro kilka osób dostrzegło w niej ten potencjał, postanowiła spróbować.
„Miałam taki jeden cel: 50 obserwatorów do końca roku” — opowiada.
Przełom przyniosło nagranie z kuchni. „Jak puściłam rolkę o tym, jak gotuję zupkę kalafiorową, ludziom się to spodobało”.
Obserwatorów zrobiło się dwa tysiące. W chwili rozmowy jej profil śledziło już ponad osiem tysięcy osób. Nazwa „Życie Wojowniczki” nawiązuje do tego, jak od dawna określali ją inni: jako osobę waleczną, hardą. Ostateczne brzmienie podpowiedziała fizjoterapeutka. Karolina wpisała je jeszcze przed końcem ćwiczeń.
Teraz otrzymuje wiadomości i słyszy od ludzi spotykanych na ulicy, że jej nagrania dają im motywację.
„To jest dla mnie największa radość, największy sukces”, mówi.
Cieszy ją również, gdy ktoś zauważa, że na żywo jest taka sama jak na rolkach. „Ja po prostu nie umiem kłamać. Jakby ja kocham naturalność chyba w każdej postaci”.

Siła i wrażliwość idą w parze
Pod koniec rozmowy wraca pytanie o to, co Karolina dostrzega, kiedy patrzy na siebie. Jej odpowiedź pokazuje, jak wiele zmieniło się od czasu, gdy nienawidziła własnego ciała.
„Widzę taką tajemniczą siebie, kolor włosów, którego nikt nie umie rozwikłać, i widzę taką moc w sobie, a zarazem wrażliwość”.
Pytana, czego jest więcej, mocy czy wrażliwości, odpowiada:
„Właśnie to jest piękne we mnie, że wszystko idzie w parze. Jedno idzie w parze z drugim”.
Potrafi dostrzec swoje piękne oczy, usta, energię i życzliwość. Chce dzielić się tym z ludźmi.
„Uważam, że to, co mam do zaoferowania, jest we mnie piękne. Taka energiczność, taka życzliwość”.
I dodaje:
„To myślę, że to jest ważne i trzeba to oferować światu, bo wielu ludziom dzisiaj brakuje energii”.
Na koniec, zapytana o to, czego jej życzyć, odpowiada:
„Szczęścia, bo w szczęściu wszystko jest”.







