Weronika Ostrowska zabiera słuchaczy do Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”. Tam, w przyjaznej, choć szpitalnej sali, leży 11-letni Emil. Obok niego – mama, Magdalena Półtorak-Goworek. Opowiada ona historię, w której obok bólu i lęku nieustannie pojawia się coś jeszcze: upór życia, opatrzność i wiara, która wraca w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Rodzina, która zna szpitale od środka
Pani Magdalena jest mamą trójki dzieci. Każde z nich niesie własne wyzwania zdrowotne. 17-letni syn żyje z autyzmem i lekooporną padaczką. 15-letnia córka od urodzenia chorowała na chorobę Hirschsprunga i przeszła serię operacji, po których jej stan się ustabilizował.
Emil jest trzeci. I jego historia jest inna niż wszystkie.
Mama wspomina także czwarte dziecko – synka, który zmarł w wieku pięciu miesięcy. To ważny szczegół, bo pokazuje, że cierpienie nie przyszło „raz” – ono wracało, w różnych formach, a mimo to rodzina wciąż walczyła o życie.
Emil: dziecko bez diagnozy
Emil urodził się jako wcześniak w 34. tygodniu ciąży. Ważył 2,7 kg i wyglądało na to, że start ma dobry. A potem wydarzyło się coś, co trudno opisać inaczej niż słowem: wyniszczanie.
Z dnia na dzień tracił na wadze, znikała tkanka tłuszczowa. Płakał, krzyczał z bólu, nie wypróżniał się sam, wymagał interwencji. Pojawiły się podejrzenia zaburzeń wchłaniania i motoryki przewodu pokarmowego. Rodzina trafiła do kliniki gastroenterologicznej we Wrocławiu – i tam usłyszeli zdanie, które dla matki brzmi jak wyrok: sugestię, że dziecko jest „niedożywione z zaniedbania”.
To jeden z najbardziej przejmujących momentów tej opowieści. Nie dlatego, że w szpitalu dzieją się rzeczy złe, ale dlatego, że rodzic w walce o życie dziecka może zostać dodatkowo przygnieciony oskarżeniem.
Na szczęście lekarz, który znał rodzinę i leczył starsze dzieci, stanął po ich stronie. Następnego dnia padły przeprosiny. I zaczęło się szukanie prawdy.
Walka o życie: cewnik, żywienie pozajelitowe i kolejne próby
Emil trafił do Centrum Zdrowia Dziecka do Kliniki Żywienia i Chorób Metabolicznych. Zapadła decyzja o implantacji cewnika typu Broviac i żywieniu pozajelitowym. Pani Magdalena uczyła się obsługi cewnika i przygotowywania żywienia. Przez miesiące trwała walka o cokolwiek: o gram, o mililitr, o stabilność.
Były kolejne dramatyczne decyzje i procedury, w tym wyłonienie stomii – z nadzieją, że to może izolowana choroba Hirschsprunga. Bez efektu. Badania genetyczne w kraju i za granicą. Do dziś – brak diagnozy. Mama mówi wprost: możliwe, że Emil jest jedynym pacjentem na świecie z taką jednostką chorobową.
A jednak… Emil był w kontakcie. Rozumiał, wykonywał polecenia, komunikował się gestami. Jego mózg się rozwijał. „Jest wojownikiem” – to słowo wraca w tej historii jak refren.
Moment przełomowy: OIOM i sepsa
Gdy Emil miał 6 lat, trafił na OIOM ze wstrząsem septycznym. Ważył wtedy około 4 kg. Lekarze dawali mu 10% szans. Padły obawy o mózg, o przetrwanie, o przyszłość.
I wtedy w rękach mamy „sam pojawił się” różaniec.
Nie jako symbol. Jako ratunek w chaosie.
Pani Magdalena opowiada, że nie umiała wtedy odmawiać różańca. Wiedziała tylko, jak wygląda jego rytm. Modliła się na kolanach, przed obrazem Matki Bożej, szczególnie przed godzinami, gdy przychodziły informacje o stanie dziecka. Wspomina też słowa modlitwy, które dostała od koleżanki: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Powtarzane w kółko. Jak oddech.
Emil wyszedł z sepsy bez szwanku. Lekarze mówili: „to cud”. A mama mówi: opatrzność.
W opowieści pojawia się niezwykle konkretny detal: lekarz zdążył zaintubować Emila dosłownie chwilę przed zapadnięciem płuca. „Gdyby to było 10 minut później, nie byłoby co ratować” – usłyszała. Takie zdania zostają w człowieku na zawsze.
Drugi cud: neurohipoglikemia i powrót „bez śladu”
Rok później Emil przeszedł kolejny kryzys – neurohipoglikemię. „Umierał mi na rękach” – mówi mama. Sinica, drgawki, cukier spadł do zera. I znowu szpital. I znowu różaniec.
W pewnym momencie mama usłyszała, że w razie potrzeby Emil nie dostanie intubacji, bo to będzie „przedłużanie śmierci”. Nie zgodziła się. Walczyła. A w nocy usłyszała od pielęgniarki, że chłopiec „skacze po łóżku”. Następnego dnia był przytomny, stabilny, gotowy do transportu do Warszawy.
Lekarze znów powiedzieli to samo: „cud”.
Wątek ojca: nawrócenie, które przyszło pod koniec
Historia Emila biegnie dalej, ale w pewnym momencie dramatycznie splata się z historią jego taty. Po powrocie z jednego z pobytów w CZD tata Emila zaczyna odczuwać potworne bóle. Diagnostyka ujawnia nowotwór płuc w IV stadium z przerzutami do kości.
Pani Magdalena opowiada o modlitwie wstawienniczej i o tym, co w jej oczach jest ogromnym znakiem: mąż – dotąd niewierzący, zdystansowany – przyjmuje sakramenty, spowiada się, namaszcza, a dzień przed śmiercią wypowiada wyznanie wiary: Jezus jest moim Panem.
To drugi wymiar „uzdrowienia” w tej historii. Nie medyczny, tylko duchowy. Cichy, ale mocny.
21 marca 2023: „Dzień ponownych narodzin Emila”
W tej opowieści pada konkretna data: 21 marca 2023 roku. Mama nazywa ją „Dniem Ponownych Narodzin Emila”.
Tego dnia Emil w Centrum Zdrowia Dziecka przyjmuje pierwsze 5 ml wody. Równolegle jego tata – w domu – przestaje jeść. Dwa procesy idą w przeciwnych kierunkach: jedno życie gaśnie, drugie zaczyna się wzmacniać.
I zaczyna się coś, co wcześniej było niemożliwe: Emil daje się odłączyć od pompy na godzinę bez dramatycznego spadku cukru. Przez lata granicą było kilkanaście sekund. Teraz pojawia się przestrzeń.
Od śmierci taty (27 kwietnia 2023) Emil systematycznie rośnie i przybiera na wadze. Dziś ma około 107 cm wzrostu i 18 kg. Wciąż jest ciężko chory, przed nim trudne operacje, deformacja kręgosłupa, niewydolność przewodu pokarmowego – ale jest. I zaczyna mówić proste słowa: „mama”, „Iga”, woła rodzeństwo.
Wspólnota, która niesie, gdy kończą się siły
Po śmierci męża pani Magdalena została z trójką dzieci i bez stabilnych środków do życia. W jej relacji mocno wybrzmiewa, jak ważne są ludzie: znajomi, którzy organizują zbiórkę, obcy, którzy wpłacają, wspólnota „Płomień Pański”, która pomaga finansowo, modlitewnie i zwyczajnie po ludzku.
Opowiada też o lękach po stracie męża – nocnych, natrętnych myślach – i o tym, że we wspólnocie została z nich „uleczona”. Dziś śpiewa w diakonii muzycznej, chodzi na adorację, czyta Pismo Święte, modli się wstawienniczo za innych.
Nie mówi: „jest łatwo”. Mówi: „idę drogą, z której nie da się zawrócić”.
Codzienność: sterylność, worki, leki – i różaniec przy kawie
To, co uderza najbardziej, to normalność opowiadana o rzeczach ekstremalnie trudnych. Dzień zaczyna się od „toalety Emila”: wymiana worków, opatrunków, leki, sterylne przygotowanie żywienia pozajelitowego, pilnowanie cewnika, bo zakażenie może skończyć się sepsą. Rehabilitacja, wizyty, szkoła przyłóżkowa. Dzień pęka od obowiązków.
A gdzie jest czas dla mamy?
W krótkim obrazie: kawa i różaniec. Dzieci wiedzą, że wtedy się nie przeszkadza. To brzmi prosto, ale w tej historii „proste” jest wypracowane latami walki.
„Każdy dostaje swój krzyż”
W rozmowie padają słowa, które mogą być trudne, ale są wypowiedziane bez patosu: mama mówi, że nie negocjuje z Bogiem. Że raz „wynegocjowała życie”, gdy Emil umierał przy wypadniętym cewniku – krzyczała: „Boże, nie zgadzam się!” – i Emil przeżył. Ale zasadniczo mówi: podniosłam swój krzyż. Upadałam, ale Jezus podnosił.
I jeszcze jedno ważne zdanie: „Maryja doprowadziła mnie do Jezusa”. Najpierw był różaniec. Potem przyszła głębsza modlitwa i relacja z Chrystusem.
Wsparcie dla Emila
Pod koniec audycji pada prośba o wsparcie rehabilitacji i leczenia Emila poprzez subkonto w Dolnośląskiej Fundacji Rozwoju Ochrony Zdrowia. Rehabilitacja jest stałym elementem jego życia i będzie kluczowa także po kolejnych operacjach.
Tekst: Grzegorz Kozłowski
Źródło zdjęcia głównego: Grzegorz Kozłowski






