Marcin Bąk zaprosił do studia Michała Drzewieckiego – rekonstruktora historycznego, związanego m.in. z projektami „Książęca Drużyna” i „Smocza Kompania”. Rozmowa dotyczyła bitwy pod Stoczkiem z 14 lutego 1831 roku, ale nie od strony szkolnych dat i map. Tym razem historia zabrzmiała „z końskiego grzbietu”: przez doświadczenie munduru, siodła, broni i codziennego życia kawalerzysty.
14 lutego, ale nie Walentynki
Prowadzący od razu podkreślił, że 14 lutego w audycji nie oznacza romantycznych skojarzeń, lecz dramatyczny epizod z zimowej kampanii 1831 roku. Bitwa pod Stoczkiem była klasycznym starciem kawaleryjskim, w którym naprzeciw siebie stanęły awangardy dwóch armii. Polacy, mimo zmęczenia i głodu, zdołali odnieść zwycięstwo, które szybko zyskało ogromny rezonans.
Gość audycji zwrócił uwagę na warunki poprzedzające walkę: nocny, forsowny marsz, mróz, śnieg i wyczerpanie. W relacjach uczestników pojawia się obraz żołnierzy, którzy marzyli o jedzeniu i śnie, a jednak musieli natychmiast dosiąść koni, gdy dotarła wieść o zbliżających się Rosjanach.
Kawaleria nie ma łatwiej: praca zaczyna się po zejściu z konia
W rozmowie wybrzmiał ważny kontrast między wyobrażeniem o „lżejszej” służbie kawalerzysty a rzeczywistością. Owszem, kawalerzysta nie maszeruje pieszo, ale po kilkunastu godzinach w siodle ciało boli równie mocno. Co więcej – kiedy piechur może się położyć i zasnąć, ułan dopiero zaczyna obowiązki:
- rozkulbaczenie i kontrola otarć konia,
- karmienie i pojenie,
- organizacja wart i zabezpieczenia obozu,
- przygotowanie zwierzęcia do następnego wymarszu.
„Koń to nie czołg” – pada w rozmowie. Nie da się go „wyłączyć” i odstawić. W praktyce kawaleria często ma mniej snu i więcej logistyki niż piechota.
Mieszanka pokoleń: wiarusi i rekruci
Drzewiecki zwrócił uwagę na charakterystyczny „amalgamat” polskich sił w 1831 roku. W szeregach byli jednocześnie:
- weterani wojen napoleońskich,
- młodzi rekruci w wieku 18–20 lat, intensywnie szkoleni.
To połączenie działało na korzyść oddziałów: młodzi chłonęli rzemiosło wojenne, a starsi przejmowali entuzjazm i energię nowych żołnierzy. W audycji pojawia się obraz codziennych ćwiczeń władania szablą i lancą – tak intensywnych, że człowiek „zasypiał na stojąco”.
Kim byli ułani i dlaczego lanca wróciła do gry
Rozmowa zeszła też na temat ułanów jako formacji. Wyjaśniono pochodzenie terminu oraz tatarskie tropy historyczne. Najbardziej interesujący wątek dotyczył jednak lancy – broni, która w epoce napoleońskiej uchodziła za archaiczną, ale w polskich rękach okazała się wyjątkowo skuteczna.
W audycji padła ważna obserwacja: lanca daje przewagę dystansu, a w realiach XIX wieku miało to ogromne znaczenie. Broń palna bywała zawodna, a jej celność – szczególnie w warunkach walki konnej – pozostawiała wiele do życzenia. Tymczasem „ostry grot na drzewcu” działał prosto i bezpośrednio.
Drzewiecki opisał również techniki użycia lancy, w tym manewr obronny zwany „młyńcem”. Co ciekawe, przywołał doświadczenie z inscenizacji bitew napoleońskich: sam fakt kręcenia lancą nad głową potrafił zmusić przeciwników do cofnięcia się, a nawet spłoszyć konie. W praktyce to mogło ratować życie i umożliwiać wyrwanie się z okrążenia.
Stoczek: znaczenie psychologiczne większe niż strategiczne
W rozmowie podkreślono, że bitwa pod Stoczkiem nie przesądziła o losach kampanii w sensie strategicznym, ale miała ogromną wagę psychologiczną. Pierwsze zwycięstwo buduje morale, a wieść o nim działa jak dopalacz. Prowadzący przypomniał, że warszawskie gazety szybko zaczęły opisywać starcie, a pamięć o nim utrwaliła ikonografia – obrazy, które później trafiały do podręczników i masowej wyobraźni.
Wątek dowódcy – gen. Dwernickiego – pokazano przez pryzmat relacji z żołnierzami. W audycji padło, że generał uchodził za „swojego”: doglądał szeregów, rozmawiał z szeregowymi, budował zaufanie. Taki styl dowodzenia przekładał się na gotowość do walki.
Wojna to głównie marsz, głód i furaż
Najbardziej „odczarowująca” część rozmowy dotyczyła codzienności. Bitwy są krótkim błyskiem, a większość wojennego życia to:
- niekończące się marsze w trudnych warunkach,
- poszukiwanie jedzenia dla ludzi i koni (furaż),
- choroby i brak higieny,
- „straty marszowe”, czyli konie padające z wycieńczenia i obtarć.
W audycji pojawia się mocne odwołanie do pamiętników Aleksandra Fredry „Trzy po trzy” – jako lektury, która wstrząsa opisem realiów kampanii.
Zimowy biwak na końskiej derce: da się przetrwać
Drzewiecki opowiedział też o „eksperymentach historycznych”, które rekonstruktorzy przeprowadzają w terenie. Zimą – przy odpowiednim ubiorze – jazda konna potrafi być paradoksalnie łatwiejsza niż marsz pieszy. Ciepło konia i ruch chronią przed wychłodzeniem, zwłaszcza pod wełnianym płaszczem.
Noclegi w polu? W relacjach z rekonstrukcji pojawiają się praktyki zbliżone do dawnych:
- mocne ognisko,
- spanie „pokotem” blisko siebie,
- derki, futra, płaszcze jako izolacja,
- warty przy ogniu i zmiany co godzinę.
To obraz surowy, ale realny – i pozwalający lepiej zrozumieć, jak trudna była służba ułańska w lutym 1831 roku.
Historia żywa, nie tylko „daty i nazwiska”
W finale audycji wybrzmiała refleksja o edukacji historycznej. Rekonstrukcja nie zastępuje pracy archiwalnej, ale uzupełnia ją o to, czego nie odda suchy zapis: ciężar wełnianego płaszcza, ból po wielu godzinach w siodle, logistykę obozu, relację z koniem. To wszystko sprawia, że bitwa pod Stoczkiem przestaje być tylko hasłem z podręcznika – a staje się doświadczeniem ludzi z krwi i kości.
Tekst: Grzegorz Kozłowski
Źródło zdjęcia głównego: wikipedia






