Ponad 40 operacji, życie na wózku i codzienna zależność od pomocy innych. Ktoś mógłby powiedzieć, że Barbara Turek ma wiele powodów, by narzekać na swój los. Ona jednak mówi o wdzięczności, spełnionych marzeniach i Bogu, którego – jak sama przyznaje – trzyma za rękę. W poruszającej rozmowie w audycji „Siła możliwości” opowiedziała o cierpieniu, miłości do samego siebie i szczęściu, którego nie da się zmierzyć sprawnością fizyczną.

Dla większości ludzi wózek inwalidzki jest symbolem ograniczeń. Dla Basi Turek bywa fotelem, łóżkiem, środkiem transportu, a niekiedy narzędziem pozwalającym spełniać marzenia. Od lat jest częścią jej codzienności, ale nie definiuje tego, kim jest.
– Trochę jak nogi, trochę jak fotel, czasem jak łóżko, czasem jak coś, co pozwala mi podróżować, a czasami też jako coś, co pomaga mi sięgać po marzenia – opowiada o swoim wózku.
Basia ma 37 lat, za sobą ma ponad 40 zabiegów operacyjnych. Jak opowiada, na wózku znalazła się w następstwie błędów medycznych. Nie ukrywa swojej historii, ale nie chce, żeby to właśnie cierpienie było najważniejszą opowieścią o jej życiu.
– Jak się rozsiądziesz wygodnie, to możesz naprawdę jeszcze bardziej zacząć biegać, mimo tego, że nie biegasz – mówi z charakterystycznym dla siebie humorem.

„Jak możesz wierzyć w Boga, skoro Cię usadził?”
To pytanie Basia słyszy niezwykle często. Dla wielu osób jej historia wydaje się trudna do pogodzenia z wiarą w dobrego i kochającego Boga. Ona jednak patrzy na swoje życie z zupełnie innej perspektywy.
– Ja sobie myślę: Bogu dzięki, że mnie usadził. Bo ja mam dużo łatwiej – odpowiada zaskakująco.
Nie chodzi jej o to, że niepełnosprawność jest łatwa albo że cierpienie samo w sobie jest czymś dobrym. Basia dostrzega jednak, że codzienna zależność od innych ludzi nauczyła ją również zawierzenia Bogu.
– Dzięki temu, że tak jest, to ja wiem, że jestem w rękach Pana Boga – wyznaje.

Wspomina swoje podróże, spotkania i spełnione marzenia. Autostopem dotarła nawet do papieża Franciszka. Ma własne mieszkanie, przyjaciół i doświadczenie ogromnej życzliwości ze strony ludzi.
Jednocześnie nie próbuje udzielać prostych odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.
– Czy chciał mojego cierpienia? Absolutnie nie. Dlaczego ono się wydarzyło? Nie wiem.
Te słowa pokazują, że jej wiara nie jest naiwnym optymizmem. Nie oznacza życia pozbawionego bólu, samotności czy łez.
– Cierpienie jest ogromną tajemnicą – przyznaje.
Przyjaźń, która pozwala zobaczyć siebie inaczej
W studiu towarzyszył jej Michał Bukowski, wieloletni przyjaciel. Ich znajomość rozpoczęła się od przypadkowego spotkania podczas koncertu. Dziś łączy ich relacja pełna humoru, szczerości, wzajemnego wsparcia i wspólnej modlitwy.

Michał nie opowiada o Basi przede wszystkim jako o osobie z niepełnosprawnością. Widzi w niej kobietę, która potrafi sprawić, że inni czują się przyjęci i kochani.
– Bacha jest cudowną, piękną osobą, która jest autentyczna, która mówi prawdę – podkreśla.
Dodaje, że Basia potrafi przekraczać bariery, które ludzie często sami budują między sobą. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Nie potrzebuje idealnego wizerunku, żeby być blisko drugiego człowieka.
– Baśce można zaufać, Baśka mówi prawdę – mówi Michał.
Ich przyjaźń jest także odpowiedzią na pytanie, jak nauczyć się kochać samego siebie.
Basia przyznaje, że nie ma na to jednej recepty. Kiedy jest jej trudno, kiedy zaczyna myśleć o sobie źle, dzwoni do najbliższych. Zdarza się, że po raz kolejny opowiada im o tych samych trudnościach. Oni jednak cierpliwie słuchają.
– Oni mi dobrze mówią o Basi i im się to nie nudzi – wyznaje.
To proste, ale głębokie świadectwo pokazuje, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają ludzie, którzy potrafią dostrzec w nas dobro wtedy, gdy sami przestajemy je widzieć.

„Moim największym problemem nie jest moja niepełnosprawność”
Być może najmocniejsze słowa całej rozmowy padają wtedy, gdy Basia zostaje zapytana o swoje ograniczenia.
– Moim największym problemem nie jest moja niepełnosprawność, ta fizyczna, to, że ja siedzę na tym wózku. Moim dużo większym problemem jest to, że nie potrafię kochać – przyznaje.
Opowiada o momentach, w których ocenia innych, plotkuje albo nie potrafi zachować się tak, jak chciałaby jako chrześcijanka. To właśnie w tych codziennych słabościach dostrzega swoje największe wyzwania.
Jej słowa odwracają perspektywę. Zamiast pytać, czego nie może zrobić człowiek poruszający się na wózku, zaczynamy zastanawiać się nad własnymi ograniczeniami. Nad tym, ile razy zabrakło nam odwagi, cierpliwości, miłości czy gotowości do przebaczenia.
– Wszyscy jesteśmy niepełnosprawni, tylko po niektórych bardziej widać, bo niech mi się objawi ten, który nie ma żadnego braku – mówi Basia.

Żyć pełnymi garściami
Dla Michała przyjaźń z Basią jest nieustanną lekcją przekraczania własnych granic.
– Bacha mi pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych dla człowieka – przyznaje.
Kiedy sam doświadcza zniechęcenia, przypomina sobie jej historię. Dostrzega wtedy, że przeszkody, które wydawały mu się nie do pokonania, wcale nie muszą oznaczać końca drogi.
Basia nie twierdzi, że zawsze jest szczęśliwa. Nie udaje, że wszystko przychodzi jej łatwo. Zna smak bezradności, samotności i zmęczenia. Ale nauczyła się czegoś niezwykle ważnego – nie sprowadzać własnej tożsamości do tego, czego jej brakuje.
– Przestałam myśleć o Basi, która jest na wózku, tylko myśląc o sobie, najpierw myślę sobie o Basi, a dopiero potem myślę sobie: aha, jeszcze mam wózek – opowiada.
To być może najpiękniejsza myśl płynąca z tej rozmowy. Człowiek jest kimś znacznie więcej niż jego choroba, ograniczenia, popełnione błędy czy niezrealizowane marzenia.
Historia Basi Turek nie jest opowieścią o tym, że niepełnosprawność przestaje boleć, gdy człowiek mocno wierzy. Jest historią o tym, że nawet pośród cierpienia można odnaleźć miłość, budować głębokie relacje, realizować marzenia i odkrywać sens własnego życia.
Basia pokazuje, że może. I że życie naprawdę można brać pełnymi garściami.
Zadanie publiczne sfinansowane ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych otrzymanych za pośrednictwem Województwa Mazowieckiego






