W cyklu „Księga” niedzielne czytania liturgiczne rozważają ks. Łukasz Turek i Paweł Kęska. To spotkanie brzmi jak rozpoczęcie roku od rzeczy najważniejszych, nie od planów i postanowień, ale od tajemnicy, która trzyma człowieka w pionie.
Punktem wyjścia staje się kolęda „Bóg się rodzi”. Jej wersy są pełne sprzeczności: „ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony”. To oksymorony, czyli zestawienia przeciwieństw. Właśnie w nich wiara dotyka sedna. Bóg jest większy od logiki, ale nie jest przeciwko rozumowi. Tajemnicy nie da się „rozwiązać”, można ją przyjąć i w niej zamieszkać.
Bóg rodzi się wciąż na nowo
Rozważanie prowadzi do jednej myśli: Bóg narodził się w konkretnym miejscu i czasie, ale chce rodzić się nieustannie. Nie tylko w historii, lecz także w życiu człowieka. To nie slogan na święta. To program na cały rok.
Bóg jest „Emmanuelem” – Bogiem z nami. A skoro jest z nami, to chce być blisko w codzienności: w decyzjach, w dojrzewaniu, w zmaganiach, w relacjach. Ma przychodzić tak, aby człowiek stawał się pełniejszy – nie tylko „pobożniejszy”, ale też bardziej ludzki. Dojrzały. Wolny. Z sensem.
Księga Syracha: Mądrość rozbija namiot
Pierwsze czytanie (Syr 24) mówi o Mądrości, która chwali samą siebie i otrzymuje polecenie Stwórcy: „w Jakubie rozbij namiot”. Ten obraz jest kluczowy. Namiot oznacza zakorzenienie, zatrzymanie się, obecność. Bóg nie zostaje „gdzieś wysoko”, tylko chce mieszkać pośród swojego ludu.
W audycji wybrzmiewa ważne dopowiedzenie: Kościół odczytuje tę Mądrość jako zapowiedź Chrystusa. Skąd to wiemy? Św. Paweł nazywa Jezusa Mądrością Bożą. To nie inteligencja, nie „IQ”, nie spryt. To Osoba. Źródło. Przedwieczny.
I tu pojawia się bardzo życiowy wątek: skoro Bóg „rozbija namiot” w konkretnym miejscu, to chce też rozbić namiot w konkretnej historii człowieka. Nawet w historii popękanej. Nawet w rodzinie, która nie wygląda jak ideał. Nawet tam, gdzie człowiek myśli: „z tego nic nie będzie”.
Bóg nie czeka, aż zasłużysz. On przychodzi pierwszy.
„Jesteśmy świątynią”. Namiot już stoi
W rozmowie pada mocne przypomnienie: Bóg w nas mieszka. Człowiek jest świątynią. Od chrztu – miejscem zamieszkania Boga. I tu pojawia się pytanie, które kłuje w sumienie: w jakim stanie jest ta świątynia? Czy jest zadbana, czy zaniedbana, czy może ruina?
Ale nawet jeśli ruina – Bóg nie rezygnuje. Jego obecność ma determinować życie. Jeżeli uświadomię sobie, kto we mnie mieszka, zaczynam inaczej patrzeć na swoje możliwości i granice. Dla Boga nie ma „spraw niemożliwych”.
List do Efezjan: wybrani przed założeniem świata
Drugie czytanie (Ef 1) podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: Bóg wybrał nas przed założeniem świata. Zanim powstał świat, istniała miłość Boga do człowieka. To zdanie wywraca myślenie o sobie. Nie jestem przypadkiem. Nie jestem pomyłką. Nie jestem „produktem ubocznym”. Jestem zamysłem.
I co więcej – Bóg nie planuje byle czego. Wybrał nas, abyśmy byli święci i nieskalani. Nie jako pobożne życzenie, tylko jako realny plan, który Bóg potrafi wypełnić. Nie własną siłą człowieka, ale łaską.
W audycji wybrzmiewa też wątek dziecięctwa Bożego: przez Jezusa stajemy się synami i córkami Boga. Odkupienie nie tylko przywraca to, co stracone. Daje więcej. To godność, której człowiek do końca nie ogarnie, a jednak ma nią żyć.
Św. Paweł modli się o coś jeszcze: „światłe oczy serca”. Bo człowiek bywa ślepy. Nie na teorię, ale na sens. Na cel. Na wieczność. Ślepy na to, dokąd idzie.
I wtedy życie zamyka się w doczesności: w ambicjach, w gonitwie, w „wyścigu szczurów”. Człowiek potrafi wypruwać sobie żyły, aby wygrać coś, co i tak minie. A św. Paweł mówi: poproś Boga, żebyś zobaczył nadzieję powołania. Żebyś przypomniał sobie, po co żyjesz.
Prolog Jana: Słowo stało się ciałem i zamieszkało
Ewangelia (J 1) domyka całość. Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Wszystko przez Nie się stało. W Nim było życie i światłość. A potem zdanie, które jest sercem Bożego Narodzenia: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas”.
Znów wraca motyw namiotu. Bóg rozbił namiot. Zamieszkał. Przyszedł do konkretnego czasu, do konkretnych ludzi, z konkretną misją: naprawić to, co zniszczył grzech, podnieść człowieka z upadku, dać życie wieczne.
Ale Prolog ma też zdanie bolesne: „przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli”. Dlaczego? Bo człowiek żyje często w iluzji. Buduje świat, w którym sam jest centrum. Dobrostan staje się bożkiem. Doczesność wypełnia wszystkie zmysły. Gdy przychodzi Prawda, bywa nie do zniesienia.
A jednak nie wszyscy odrzucają. Ci, którzy przyjmują, dostają moc, aby stać się dziećmi Bożymi. I tu pada ważna intuicja: wiara zawsze pozostanie tajemnicą, ale jest też zrozumiała w zarysie. Serce człowieka lgnie do dobra, prawdy, miłości. Bóg pociąga. A człowiek podejmuje decyzję.
Pierwsza ziemia i pierwsze niebo – to nie meta
W refleksji pojawia się jeszcze jeden obraz: ten świat jest jak cień rzeczywistości, do której zmierzamy. To „pierwsza ziemia i pierwsze niebo”. Wszystko przeminie. I może dlatego nie warto gonić tak, jakby to było wieczne.
To nie zachęta do bierności. To wezwanie do mądrości. Do ustawienia priorytetów. Do pytania Boga: jaki masz plan na moje życie? Kim jestem w Twoich oczach? Dokąd mnie prowadzisz?
Nowy rok zaczyna się od światła
Ta audycja brzmi jak mocne otwarcie 2026 roku. Nie sloganem, nie moralizowaniem, tylko przypomnieniem: Bóg jest blisko. Rozbija namiot. Zamieszkuje. Daje światło. I zaprasza, by człowiek przestał żyć w ciasnej doczesności, a zobaczył większą perspektywę.
Bo kiedy Bóg się rodzi, „moc truchleje”. A człowiek, który przyjmuje Słowo, przestaje być tylko mieszkańcem świata. Staje się dzieckiem Boga.
Tekst: Grzegorz Kozłowski
Źródło zdjęcia głównego: Infant Christ Sent to Earth. Master of Catherine of Cleves (fl. 1400-1450)






