Niektóre historie układają się spokojnie tylko przez chwilę. Potem przychodzi coś, co wszystko przewraca. Tak właśnie było w życiu Bogdana. Gdy poznał Monikę, a później założyli rodzinę, nic nie zapowiadało dramatu, który miał nadejść. Urodziły się dzieci, pojawiła się codzienność, zwyczajne obowiązki i wspólne marzenia. Wszystko zmieniło się wtedy, gdy u Moniki wykryto nowotwór piersi. Miała zaledwie 32 lata.
Ból choroby
Najpierw była utrata ciąży bliźniaczej, potem diagnoza, operacja, amputacja piersi, chemioterapia i leczenie celowane. Choroba nie dotknęła tylko jej. Dotknęła całą rodzinę. Dzieci nagle musiały żyć w domu, w którym mama przez wiele dni po chemii była całkowicie niedostępna. Bogdan wspomina, że to był czas fizycznego cierpienia Moniki, ale też wielkiej próby dla wszystkich najbliższych.
Dziecko, które stało się znakiem nadziei
W czasie leczenia wydarzyło się coś, co dla nich było małym cudem. Mimo że lekarze mówili, iż po chemioterapii zajście w ciążę jest praktycznie niemożliwe, Monika spodziewała się dziecka. Wtedy usłyszeli od lekarki, że leczenie trzeba kontynuować i najlepiej byłoby ciążę usunąć. Monika odpowiedziała wprost. Zapytała, czy leczenie daje stuprocentową gwarancję wyzdrowienia. Kiedy usłyszała, że nie, podjęła razem z mężem decyzję, że nie zgodzą się na zabicie dziecka.
Tak na świat przyszedł Bartek. Urodził się cały i zdrowy, choć później okazało się, że ma wadę układu moczowego i będzie wymagał leczenia. Dla rodziny był jednak przede wszystkim znakiem, że Pan Bóg jest z nimi nawet wtedy, gdy po ludzku wszystko wydaje się walić.
Walka, która stawała się coraz trudniejsza
Po narodzinach Bartka przyszła chwila oddechu, ale nie trwała długo. U Moniki pojawił się nawrót choroby. Najpierw w węzłach chłonnych, potem także w drugiej piersi. Rodzina szukała ratunku wszędzie, gdzie się dało. Trafili do badań klinicznych w Otwocku, później do Brukseli. Przez wiele miesięcy niemal co tydzień latali do Belgii na kolejne badania i leczenie, a potem wracali do dzieci.
To był czas wielkiego napięcia i nadziei, która raz rosła, a raz gasła. W końcu okazało się, że leczenie nie przynosi efektów. Od grudnia 2015 roku choroba postępowała bardzo szybko. Jak mówi Bogdan, guz rósł dosłownie w oczach. Lekarze próbowali pomóc, ale wszyscy czuli już, że zbliża się najtrudniejszy moment.
Odejście Moniki i modlitwa całej rodziny
Monika zmarła 28 kwietnia 2016 roku, w dniu wspomnienia św. Joanny Beretty Molli. To nie był przypadek, który można łatwo zignorować, bo historia tej świętej była do jej życia bardzo podobna. Tego dnia w domu pojawili się bliscy, rodzina i znajomi. Lekarz, który przyjechał do Moniki, powiedział otwarcie, że to już ostatnie chwile.

Bogdan sprowadził dzieci z góry. Każde z nich pożegnało się z mamą. W domu trwała modlitwa. Monika odeszła podczas piątej dziesiątki różańca, przy tajemnicy bolesnej. To doświadczenie na zawsze zostało w pamięci całej rodziny.
Po jej śmierci Bogdan został sam z czwórką dzieci. Najmłodszy Bartek miał trzy lata i wymagał szczególnej opieki medycznej. Wkrótce przyszło kolejne uderzenie. Pod koniec tego samego roku zmarła także mama Bogdana, która wcześniej bardzo pomagała rodzinie. Rok 2016 stał się dla nich czasem wyjątkowo ciężkim, naznaczonym stratą i bólem.
Dom, w którym Bóg był obecny
Mimo tych wszystkich dramatów jedno się nie zmieniło. W domu nadal był Bóg. Na ścianie wisiał obraz Jezusa Miłosiernego, na stole leżała Biblia, obok krzyż i świeca. Jeszcze za życia Moniki należeli do Domowego Kościoła, modlili się razem z dziećmi, jeździli na rekolekcje. Po jej śmierci Bogdan starał się to wszystko kontynuować.
Wspomina, że bez Boga nie dałby rady unieść tego, co się wydarzyło. Mówi też o bardzo konkretnych sytuacjach, kiedy po modlitwie nagle pojawiali się właściwi ludzie, odpowiedzi, kontakty, możliwości leczenia czy zwykła pomoc. Nie traktuje tego jak przypadku. Widzi w tym działanie Boga, który był z nimi cały czas, nawet jeśli po ludzku wszystko wyglądało bardzo źle.
Samotne ojcostwo i walka o siebie
Po śmierci żony Bogdan skoncentrował się całkowicie na dzieciach. Chciał nauczyć się funkcjonować sam. Nie chciał być zależny od stałej pomocy rodziny, choć był za nią wdzięczny. Dlatego tak bardzo zależało mu, by poukładać codzienność, opiekę nad Bartkiem, rytm domu i swoje życie zawodowe. To była jego walka o normalność.
Nie ukrywa, że miał żal do Boga. Mówi wprost, że wypowiedział wtedy kilka gorzkich słów. Nie zatrzymał się jednak w tym buncie. Poprosił Boga, żeby pomógł mu ogarnąć to wszystko i pokazał, jak żyć dalej. Z czasem zaczął widzieć, że wokół niego pojawiają się ludzie, którzy wspierają go dokładnie wtedy, gdy jest to najbardziej potrzebne.
W pewnym momencie zrozumiał też, że musi zawalczyć nie tylko o dzieci, ale również o siebie. Mógł się położyć, zamknąć i powiedzieć, że już nie ma siły. Mógł wybrać rozpacz. Zamiast tego wybrał życie. Jak sam mówi, czasem człowiek musi pokłócić się z samym sobą, z tym głosem w środku, który mówi: odpuść, daj spokój, to już nie ma sensu.
Nowe spotkanie i druga szansa
W 2023 roku Bogdan poznał Kasię. Ona także miała za sobą trudne doświadczenia i wychowywała szóstkę dzieci. Spotkali się dzięki znajomym. Najpierw była zwykła rozmowa, potem wiadomości, potem coraz wyraźniejsze poczucie, że dzieje się coś ważnego. Oboje wiedzieli już dużo o życiu i nie potrzebowali udawać.
Szybko zaczęli myśleć o wspólnej przyszłości. Największym wyzwaniem okazały się sprawy lokalowe. Razem tworzyli ogromną rodzinę. Potrzebowali domu, który nie tylko pomieści wszystkich, ale też pozwoli normalnie żyć. Domy pod Warszawą były dla nich po prostu za drogie. Wtedy pojawił się pomysł, by spojrzeć w stronę Beskidu Sądeckiego.
W końcu trafili do Piwnicznej. To właśnie tam znaleźli dom, który spełniał ich oczekiwania i mieścił się w możliwościach finansowych. Oboje odebrali to jako znak od Boga. Jeszcze przed ślubem podpisali umowę przedwstępną. Później, po uroczystości Bożego Ciała, wzięli ślub, a w wakacje przeprowadzili się do Piwnicznej.
Rodzina patchworkowa i codzienność pod jednym dachem
Wspólne życie tak dużej rodziny nie jest proste. To nie jest bajka o tym, że wszystko od razu się zgrało i wszyscy stali się jedną idealną rodziną. Są różne temperamenty, różne doświadczenia, różne dzieci, które weszły w nową rzeczywistość z własnym bagażem. Bogdan mówi o tym bardzo uczciwie. Nie wszystko się składa, nie wszystko dzieje się łatwo, ale uważa, że taka droga ma sens.
Jest ojcem wymagającym. Stawia granice, pilnuje zasad, oczekuje prostych gestów szacunku, takich jak zwykłe „dzień dobry”, „dziękuję” czy „przepraszam”. Uważa, że dzieci potrzebują nie tylko ciepła, ale też konkretu. Chce, by chłopcy wyrastali na odpowiedzialnych mężczyzn, a dziewczynki umiały poradzić sobie z życiem.
Wieczorem cała rodzina modli się razem. Najpierw jest modlitwa, potem fragment Pisma Świętego, a później rozmowa. I właśnie ta rozmowa bywa najbardziej żywa. To wtedy dzieci mówią, co je boli, co je złości, co im się nie podoba. Dzięki temu modlitwa staje się nie tylko rytuałem, ale też miejscem budowania wspólnoty.
Bóg, z którym można rozmawiać wprost
Bogdan nie mówi o wierze w sposób gładki ani książkowy. Mówi prosto. Każdego ranka siada, patrzy na góry i rozmawia z Bogiem. Tak zwyczajnie, jak rozmawia się z kimś bliskim. Wie, że Bóg go słucha. Większym problemem, jak przyznaje, jest to, czy on sam naprawdę umie słuchać Boga.
Opowiada też o modlitwie, która stała się dla niego ważna: „Boże, jeśli to nie jest dla mnie, to zabierz to”. Ta prosta prośba nauczyła go pokory i większego zaufania. Bo czasem coś wydaje się idealne, a potem okazuje się, że nie było jego drogą. I wtedy trzeba umieć to puścić.
Antoni i znak nowego życia
Po przeprowadzce do Piwnicznej i po ślubie z Kasią przyszło kolejne wielkie wydarzenie. Urodził się Antoni. Dla obojga stał się znakiem nowego początku. Poród był bardzo szybki, niemal błyskawiczny, a jego narodziny przyniosły rodzinie ogromną radość.
Dla Bogdana, który ma już ponad 50 lat, to również nowe zadanie. Nie ukrywa, że małe dziecko w tym wieku i po tylu życiowych przejściach to wielkie wyzwanie. Mówi jednak o tym bez narzekania. Przyjmuje Antoniego jako dar i powód do wdzięczności. To kolejny dowód, że po bardzo ciemnym czasie może przyjść życie, którego człowiek się już nie spodziewał.
Miłość, która jest odpowiedzialnością
Na końcu tej historii zostaje najważniejsze pytanie. Czym jest miłość? Dla Bogdana odpowiedź jest bardzo konkretna. Miłość to odpowiedzialność. Odpowiedzialność za siebie i za innych. To także gotowość, by przekraczać siebie, by robić rzeczy trudne, nawet takie, które człowieka przerastają.
Ta historia nie jest opowieścią o życiu bez bólu. Przeciwnie, pokazuje, że można stracić bardzo wiele. Ale pokazuje też, że człowiek nie musi zatrzymać się na cierpieniu. Może iść dalej. Może kochać jeszcze raz. Może budować rodzinę na nowo. Może uczyć się ufności, nawet jeśli po drodze wiele razy miał żal do Boga.
Właśnie dlatego historia Bogdana i Kasi zostaje w pamięci prawda o miłości, wierze i odpowiedzialności zawsze porusza najmocniej.
Tekst: Maria Skonieczka
Źródło zdjęcia:






