Dzień Niepodległości Ukrainy ma dziś zupełnie inny ciężar niż jeszcze kilka lat temu. Nie jest tylko świętem państwowości, flag i oficjalnych uroczystości. Dla milionów Ukraińców stał się dniem pamięci o tych, którzy zginęli, o rodzinach rozdzielonych przez front i o życiu, które mimo wszystko musi trwać.
Paweł Kęska, dziennikarz Radia Warszawa i autor audycji „Wywiad z Człowiekiem”, wrócił niedawno ze wschodniej Ukrainy. Był między innymi w Charkowie – mieście położonym blisko rosyjskiej granicy, gdzie wojna jest obecna niemal każdego dnia.
Kilka dni po jego powrocie rosyjski dron zaatakował pociąg relacji Łozowa–Charków. Zginęły dwie osoby, pięć zostało rannych, wśród nich dziecko. Podczas akcji ratunkowej ten sam skład został zaatakowany ponownie.
A jednak obraz Charkowa, który zapamiętał Kęska, nie jest wyłącznie obrazem ruin.
Miasto pozostaje czyste, zadbane i funkcjonujące. Zniszczenia są szybko naprawiane, a okna zabezpieczone płytami bywają malowane w taki sposób, aby wojenne środki bezpieczeństwa nie potęgowały poczucia grozy. Jak zauważa dziennikarz, można odnieść wrażenie, że jest to świadomy wysiłek władz i mieszkańców: pokazać, że miasto nadal żyje i że wciąż można w nim normalnie funkcjonować.

Normalność jest krucha.
Syreny alarmowe w Charkowie potrafią rozlegać się mniej więcej co godzinę. W Kramatorsku Kęska słyszał je nawet co kilkanaście minut. Mieszkańcy z czasem przestają na nie reagować tak jak ktoś, kto doświadcza alarmu po raz pierwszy. Nie dlatego, że zagrożenie zniknęło, ale dlatego, że stało się częścią codzienności.
Codzienność zresztą okazuje się jednym z najbardziej przejmujących obrazów wojny. Nie zawsze są nią zniszczone budynki i wojskowe posterunki. Wojna to również – jak mówi Kęska – „gigantyczne, niewidoczne napięcie”, zmęczenie i psychiczne wyczerpanie społeczeństwa. Człowiek nadal idzie do pracy, robi zakupy, spotyka innych ludzi, ale jednocześnie żyje ze świadomością, że w każdej chwili może wydarzyć się coś, co ponownie zachwieje całym jego światem.
Puste okna i ludzie, którzy wciąż czekają
Wojna zmieniła również demografię wschodniej Ukrainy. W niektórych małych miejscowościach pod Charkowem wyjechało 50, a nawet 70 procent mieszkańców. Wieczorem w dużych budynkach mieszkalnych świeci się tylko część okien.
Wielu spośród tych, którzy pozostali w regionie, to uchodźcy wewnętrzni. Uciekli ze zniszczonych miejscowości, ale nie chcą wyjeżdżać daleko. Pozostają możliwie blisko swoich dawnych domów, licząc, że kiedyś sytuacja się zmieni i będą mogli wrócić.
Szczególnie dramatyczny jest los ludzi starszych. Kęska przywołuje przykład emerytów, którzy muszą wybierać pomiędzy podstawowymi potrzebami: ogrzewaniem, lekami i jedzeniem.
To właśnie tutaj wielka polityka i wojskowe komunikaty przestają być abstrakcją. Wojna sprowadza się do bardzo prostego pytania: co kupić w tym miesiącu, jeśli pieniędzy nie wystarcza na wszystko?

„Zło nie wygrywa”
Jednym z najbardziej poruszających momentów podróży była rozmowa z uchodźczynią z Donbasu. Kobieta mówiła o mieście, w którym się urodziła, o swoich dzieciach, rodzicach i bliskich. Chciałaby wrócić. Nawet po to, aby kiedyś zostać pochowaną obok swojej rodziny.
Ale w jej słowach, mimo całego doświadczenia wojny, nie pojawia się wezwanie do nienawiści, jest prośba o dobro.
„Nie bądźcie złymi, bądźcie dobrymi” – mówi. I jeszcze mocniej: „Zło nie wygrywa. Tylko jedna wygrywa miłość”.
W rzeczywistości wojny takie słowa brzmią inaczej niż w czasie pokoju. Nie są łatwym moralizowaniem. Wypowiada je człowiek, który utracił swój dotychczasowy świat, a mimo tego nie chce pozwolić, aby ostatnie słowo należało do nienawiści.
Niepodległość ma twarze
Dzisiaj trudno znaleźć na Ukrainie człowieka, którego rodzina albo krąg przyjaciół nie został dotknięty wojną. W miastach i wsiach pojawiają się galerie zdjęć poległych żołnierzy – twarze młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie wrócili.

Codziennie o godzinie 9.00 Ukraina zatrzymuje się na chwilę.
Ludzie przerywają rozmowy, wstają, milkną. Paweł Kęska wspomina sytuację w hotelu, kiedy wszyscy obecni wokół niego stanęli na baczność. Jak mówi, widział wtedy ich oczy.
Dlatego ukraińskiego Dnia Niepodległości nie da się dziś przeżywać bez chwili milczenia.
Ukraina pozostaje niepodległym państwem, ale część jej terytorium znajduje się pod okupacją. Wolność nie jest więc dla jej mieszkańców pojęciem z podręcznika historii. Jest czymś konkretnym, kruchym i okupionym cierpieniem.
Może właśnie wojna najboleśniej przypomina, że niepodległość nie jest dana raz na zawsze.
Czasem oznacza możliwość spokojnego przejścia ulicą. Czasem powrót do rodzinnego domu. Czasem pewność, że dziecko wróci wieczorem. A czasem jest tylko nadzieją, że po latach syren, pogrzebów i rozłąki nadejdzie wreszcie dzień, w którym człowiek nie będzie już musiał wybierać między bezpieczeństwem a własnym miejscem na ziemi.
Dziś Ukraina świętuje wolność, ale robi to w cieniu tych, którzy zapłacili za nią najwyższą cenę.
I być może dlatego słowa uchodźczyni z Donbasu są jednocześnie najprostszym i najgłębszym komentarzem do tego dnia:
„Żebyśmy się kochali. Zło nie wygrywa”.
Redaktor prowadząca audycję: Jarosław Wydra
Tekst: Maria Skonieczka
Źródło zdjęcia głównego: Paweł Kęska





